Testowanie widza i badanie granic sztuki na Biennale Sztuki Mediów WRO

We Wrocławiu, szesnasty już raz odbyło się Międzynarodowe Biennale Sztuki Mediów WRO, które tym razem przebiegało pod hasłem Test Exposure. Jak zwykle wydarzenie to przygotowane było z rozmachem, zajmując niemalże cały obszar ścisłego centrum Wrocławia. Zaproponowane przez organizatorów wystawy i wydarzenia towarzyszące usytuowane były w dziesięciu lokalizacjach, w których zaprezentowano szereg interesujących wystaw, dziewięć obszernych programów wideo, bloki działań performerskich, akcję animacyjną GG-SUW oraz koncerty. Nie zabrakło też bardzo chwalonej konferencji naukowej, która w tym roku okazała się być jednym z  ważniejszych wydarzeń edycji. Spośród blisko 2,5 tys. zgłoszeń, we Wrocławiu pokazano nieco ponad dwieście prac, które według zamierzeń organizatorów miały testować widza, jak i badać granice sztuki.

Z założenia więc tegoroczne WRO pozbawione było linii programowej i określonej narracji, które przybliżyłyby – chociaż pod względem tematycznym – specyfikę pokazywanych realizacji, co zapewne ułatwiłoby publiczności ich odbiór. Widz – przynajmniej na początku – pozostawiony został samemu sobie, testując własną wrażliwość, wiedzę oraz wytrzymałość na sztukę, o której tak na dobrą sprawę niewiele wiedział. Czy wobec tego podjęty przez organizatorów eksperyment się powiódł? Czy publiczność doceniła wyzwanie, jakie rzuciła jej ekipa WRO? Z pewnością większość była zaskoczona i lekko zdezorientowana. Szczególnie głośno komentowano brak szczegółowych opisów prac, jak i tekstu programowego, który ujarzmiłby nawet w najmniejszym stopniu różnorodność formalną i stylistyczną prezentowanych obiektów. Trudno było też powstrzymać się od snucia porównań do spektakularnej, poprzedniej edycji, podczas której niemalże każdy był pod wrażeniem wyjątkowo dobrej wystawy pt. Pierścienie Saturna odbywającej się wówczas w Pałacu Ballestremów, jak i różnorodnego, rozbudowanego programu wystąpień performerów. I odnoszę wrażenie, że mimo wyraźnego komunikatu organizatorów o zmianie formuły tegorocznego Biennale, przywiązanie do znanego już i sprawdzonego schematu ekspozycyjnego było silniejsze. Nie zmienia to jednak faktu, że eksperyment ten był według mnie interesujący.

Abstrahując jednak od kontrowersyjnej według większości krytyków formuły, warto zastanowić się nad poziomem tegorocznego Biennale oraz rodzajem zaprezentowanych w jego ramach obiektów, gdyż wyraźnie widać było odmienny ich charakter – tak merytoryczny, jak i formalny. Nie bez znaczenia był również fakt, iż organizatorzy w większym stopniu otworzyli się na sztukę młodą, włączając realizacje artystów debiutujących, w tym również najlepsze dyplomy ASP do zlokalizowanej w przestrzeni nowego gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej wystawy. I akurat co do tej części programu mam trochę zastrzeżeń, gdyż nie do końca przemawia do mnie ponowne zaprezentowanie pokazywanych w ramach wystawy pt. Rysopis obiektów, które – mimo, że momentami dobre – wyraźnie odstawały poziomem od działań artystów zaproszonych. Podobnie wyglądała sytuacja z dyplomami, które niekoniecznie dobrze wypadły na tle innych, bardziej zaawansowanych realizacji, w rezultacie czego cała wystawa główna według mnie się nieco rozmyła. Tym, co również rzucało się w oczy to charakter obiektów, które w dużej mierze były działaniami prostymi w odbiorze, w pewnym aspekcie też dowcipnymi, nie wymagającymi od odbiorcy wybitniej wiedzy, a także w dużej mierze nastawionymi na angażowanie widza i tym samym zachęcenie go do zabawy. Być może był to ukłon organizatorów w stronę publiczności, umożliwiając jej kontakt ze sztuką łatwą i przystępną, co spowodowało jednak pewną lukę programową. Bowiem WRO przyzwyczaiło nas do prezentacji obiektów bardziej zaawansowanych tak technicznie, jak i merytorycznie, obrazujących jednocześnie współczesne trendy, podejmowane zagadnienia i najnowsze tory rozwoju tej – chyba najbardziej dynamicznej – dziedziny sztuki.

Wracając jednak do wystaw. Niewątpliwie najmocniejszym punktem tegorocznej edycji Biennale WRO była ekspozycja pt. Kultury kultywowane, która usytuowana była w budynku Centrum Sztuki WRO przy ul. Widok. Nie tylko dlatego, że zlokalizowane były tam rzeczywiście ciekawe obiekty artystyczne, ale również dlatego, że prace te zgrupowane były wokół jednej kategorii tematycznej. I w tym też zakresie nie zgodzę się z Łukaszem Musielakiem, który na łamach obieg.pl krytycznie odnosi się do zaproponowanych przez artystów rozwiązań, ponieważ moim odczuciu ekspozycja ta okazała się być spójną prezentacją przyjemnych w odbiorze instalacji bioartowych, które bardziej, lub mnie obrazowały zakres problematyczny, z jakim zmierzają się artyści związani z tym obszarem sztuki. Niemniej jednak, jestem w stanie przyznać mu rację, że rozwiązania te nie niosły w sobie żadnych rewolucyjnych treści, co oznacza też, że nie wskazywały na działania nowatorskie –  a to w kontekście sztuki jest dla mnie wyjątkowo ważne. Na uznanie zasługuje natomiast obszerna instalacja pt. Symbiotyczność tworzenia autorstwa Jarosława Czarneckiego aka Elvin Flamingo, która sympatykom WRO nie jest obca. Bowiem w ramach jednego z realizowanych przez Centrum projektów ekspozycyjnych można było oglądać transmisję na żywo, podglądając tym samym życie hodowanych przez Czarneckiego mrówek. Tym razem pojawiły się one we Wrocławiu fizycznie i momentalnie stały się jedną w ważniejszych, bo też ciekawszych prac tegorocznego Biennale. W przestrzeni tej uwagę zwracała także realizacja Simony Halečkovej pt. Transorg, która jednak w pierwszym momencie – poprzez lagowanie ekranu komputerowego – sprawiała wrażenie zepsutej. I właśnie realizacja ta była przykładem takiego obiektu, który wyjątkowo wymagał paru słów wyjaśnienia. Podejrzewam, że przez brak informacji, wielu odbiorców odeszła od pracy tej z kompletnym niezrozumieniem. Przystępną i miłą z kolei w odbiorze była instalacja Macieja Markowskiego pt. Kwartet na pomidory, która – jak czytamy w opisie – była generatywną kompozycją muzyczną, „której partyturą jest rozpisany w czasie proces obsługi instalacji, wzrostu i rozwoju roślin”.  Praca ta rzeczywiście zwracała na siebie uwagę, w dalszym ciągu będąc jednak rodzajem inteligentnego, konstruktorskiego i kompozytorskiego igrania ze sztuką. Niewątpliwie też uwagę odbiorcy zwracała na siebie bardzo delikatna, usytuowana na klatce schodowej budynku Centrum Sztuki WRO instalacja dźwiękowa pt. Whispers Katrin Caspar i Eeva-Liisa Puhakka.

Przyznam, że najwięcej problemu w dalszym ciągu stwarza mi wystawa główna, którą w tym roku umieszczono w nowym gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej. Była to ekspozycja wyczekiwana z wielu względów – nie tylko dlatego, że po raz pierwszy można było wejść do nieudostępnionego dotychczas do zwiedzania budynku, ale również – i przede wszystkim – przez chęć zobaczenia wystawy tak dobrej, jak ta, która dwa lata temu wypełniła wnętrza wspominanego już Pałacu Ballestremów. Problem w tym, że tegoroczna odsłona konkursu nie do końca apetyty te spełniła.

Całość: FORMAT-NET.PL 

Reklamy
%d blogerów lubi to: