Do Wrocławia Niemcy (nie) przyszli

Dokładnie 23 lutego w Muzeum Współczesnym Wrocław zakończyła się trwająca blisko dwa miesiące wystawa pt. „Niemcy nie przyszli”, która – ku miłemu zaskoczeniu – okazała się interesującym, bo skoncentrowanym na historii Wrocławia projektem. Całość zaprezentowana została pod wspólnym, stosunkowo intrygującym tytułem, który w bezpośredni sposób nawiązywał do znanego cyklu autorstwa Jerzego Kosałki pt. „Niemcy już przyszli”, w szczególności zaś do wyjątkowo lubianej pracy pt. „Demontaż”. Zagadnienie ciekawe, bo pozwalające – jak pisze Krzysztof Ruchnewicz – „inaczej spojrzeć na pamięć indywidualną i zbiorową, na obchodzenie się z nią współcześnie”. Tematyczną osią opisywanej wystawy był zatem szeroko pojęty problem przesiedleńców oraz ich codziennego życia. Niewątpliwie też życia w permanentnym strachu przed powrotem Niemców oraz przed ponowną utratą zebranego dorobku i oswojonej już przestrzeni. Niemcy jednak nie powrócili, a przynajmniej nie w sposób, o jakim myśleli ówcześni mieszkańcy Wrocławia – miasta już polskiego, niezmiennie fascynującego, kuszącego niezgłębionymi do dziś tajemnicami oraz mitami i w końcu miasta będącego, w opinii wielu, jednym z ciekawszych pod względem historycznym obszarem urbanistycznym w Polsce.

Wystawa odbyła się w Muzeum Współczesnym Wrocław, które mieści się we wzniesionym w 1942 roku schronie przeciwlotniczym. Trudno więc wyobrazić sobie lepszą przestrzeń pod ekspozycję, której tematyka pośrednio związana była również z tym miejscem. Dlatego też ważnym stał się tu kontekst samego obiektu oraz emanująca z niego aura, które poprzez swój militarno-obronny charakter, doskonale wpisywały się w koncepcję całej wystawy. Niestety specyfika obiektu i funkcja, którą kiedyś pełnił nie zostały według mnie wykorzystane w pełni, co w rezultacie spowodowało, że zwiedzając wystawę nie można było pozbyć się wrażenia, że – inaczej, niż w przypadku innych, odbywających się w miejscu tym ekspozycji – bunkier i jego architektoniczny charakter były niejako transparentne, nieobecne i – jakby – pominięte w procesie aranżowania wystawy.  A szkoda.

Wracając jednak do tematu głównego. Zamysłem kuratorskim ekspozycja poświęcona została tematyce, która w bezpośredni sposób nawiązywała do niezwykle ciekawej historii powojennego Wrocławia, a także do jego – głównie nowo przybyłych  – mieszkańców. Ale – jak trafnie ujął to Krzysztof Ruchnewicz – „[…]tematem prac nie są Niemcy, a raczej nasze ich postrzeganie i reakcje, które przedstawiane są przez autorów prac (instalacji) w kontekście wojennych i powojennych losów Wrocławia. Wykorzystują opowieści swoich dziadków, różne zasłyszane w sąsiedztwie i na ulicy historie. Tematami zajmują się w różny sposób. Jedni próbują zmierzyć się z rodzinnymi traumami, tym samym ich opowieści nabierają charakteru osobistego, intymnego. Inni zajmują się śladami po starym, nieistniejącym już Wrocławiu” – oraz nieliczni – co również należy zaznaczyć – Wrocławiem dzisiejszym. Można zatem napisać, że wyznacznikami omawianej tu ekspozycji były: trauma wojenna, zbiorowe doświadczenie, przesiedlenia, niepewność, strach i końcu kolektywna odbudowa miasta, w którym ostatecznie tysiące ludzi musiało ułożyć sobie życie na nowo. Dlatego też pewnym rozczarowaniem było  dla mnie podejście samych artystów, którzy posiadając tak interesujący, wielowątkowy i bogaty w najróżniejsze historie temat, skupili się na zagadnieniach oczywistych, realizując w dużej mierze prace jednopoziomowe, zamykające się w maksymalnie trzech grupach tematycznych. Mowa tu o realizacjach skoncentrowanych na: motywie przesiedleń, zasiedleń i powszechnie znanych wydarzeniach im towarzyszących, grupie prac opierających się na zagadnieniu związanym z odbudową miasta i nadawania mu cech piastowskiego grodu oraz tych, które odwołując się do Wystawy Ziem Odzyskanych i tworzących wówczas artystów wskazywały na aktualnie trawiące miasto problemy oraz dzisiejsze pomniki architektury i władzy. Zatem mimo dostrzegalnej na pierwszy rzut oka wielowątkowości i różnorodności podjętych przez twórców narracji, wystawa ta w rzeczywistości ograniczała się do wąskiej grupy zagadnień, będąc zbiorem podobnych do siebie historii i głosów, które tak na dobrą sprawę – wbrew temu, co napisane było w tekście programowym – nie wyznaczały nowych tropów, a jedynie przetwarzały i ilustrowały już istniejące.

Należy oczywiście zaznaczyć, że wystawa ta była niezwykle rozbudowana, głośna i przepełniona momentami wirtuozerskimi realizacjami, które jednak początkowo bardziej, niż swoją wymową zwracały uwagę krzykliwą formą. Nakładające się dźwięki sprawiały wrażenie wszechogarniającej kakofonii, co nie w każdym miejscu ekspozycji można było uznać za atut. To, co niemalże od razu rzucało się w oczy, to rozbudowane opisy prac, które nie pozostawiały odbiorcy ani odrobiony możliwości prowadzenia własnej interpretacji, co w moim odczuciu nie jest do końca dobrą praktyką. Dodatkowo wykonane w sposób perfekcyjny i wyczerpujący, odstawały od opisywanych realizacji. Momentami miało się też wrażenie, że opis mówił więcej, niż sama praca, która w jego kontekście nierzadko wypadała blado. Niezależnie jednak od tego można wyszczególnić grupę instalacji naprawdę dobrych, które również i w tym miejscu warto wymienić.

Bezsprzecznie najlepszą z nich była przejmująca i dojrzała praca Doroty Nieznalskiej pt. Heimatvetriebene, w której autorka w dosadny, acz symboliczny sposób zaprezentowała odbiorcy obraz wypędzenia z ziemi ojczystej. Co ciekawe, praca ta nie dotyczyła Polaków. Nieznalska, w symboliczny sposób złożyła w niej hołd wypędzonym 12-14 milionom Niemców, z których blisko 2,5 miliona zmarło w drodze na Zachód. Wykorzystując przejmujące, czarno-białe archiwalne nagrania obrazujące moment wygnania niemieckich cywili, stworzyła przejmującą, wyjątkową w formie, wykonaną ze starych poniemieckich drzwi instalację, obok której nie można było przejść obojętnie. Emanowała z niej bowiem ogromna, przepełniona smutkiem i żalem siła, która swym krytycznym, nieco piętnującym głosem uderzała niemalże w każdego. Również  wielopoziomowa instalacja Tomasza Bajera była przykładem pracy, która zaciekawiła mnie swoją przemyślaną, acz prostą strukturą. Realizacja ta – nosząca tytuł „Breslau” – nie była dużych rozmiarów. Posiadała jednak dużą moc oddziaływania i interesując przekaz, który poświęcony został przestrzeni miejskiej poniemieckiego Wrocławia, w szczególności zaś w dalszym ciągu obecnym w tym mieście, współtworzącym jego aktualną tożsamość, pamiątkom i pozostałościom po mieszkających tu kiedyś Niemcach. Warto pamiętać, że ówczesny system nie zdołał wymazać wszystkich śladów niemieckiej przeszłości, co w pewnym momencie stało się jednym z głównych założeń komunistycznej propagandy. Łącząc się z hasłem „We Wrocławiu każdy kamień mówi po polsku” starano się na każdym kroku zaznaczać jego piastowski rodowód, do czego w ciekawy sposób nawiązała Dy Tagowska. Instalacja Baking Pow(d)er” wyróżniała się na tle pozostałych przede wszystkim rozbudowaną i odmienną formą, wielopoziomową treścią, a także interesującymi założeniami koncepcyjnymi, które spotęgowane zostały wykorzystaną tu bogatą symboliką chleba. W pracy tej Tagowska odniosła się przede wszystkim do czasochłonnego procesu odbudowy Wrocławia, któremu ówczesna władza ogromnym kosztem starała się nadać polski czy też piastowski charakter nakładając tym samym – jak jak napisane było w opisie – groteskowym niejednokrotnie „kostium architektoniczny” wymazując jednocześnie „ostatnie ślady niemieckiej historii”.

Całość FORMAT 71/2015

Fot. Małgorzata Kujda, 2014 (źródło: dzięki uprzejmości Muzeum Współczesnego we Wrocławiu)

Reklamy
%d blogerów lubi to: