Ostatni południk Wrocławia / Dy Tagowska w Galerii MD_S

(Tekst w wersji skróconej publikowany był w magazynie FORMAT)

W przestrzeni ekspozycyjnej Galerii Sztuki Współczesnej MD_S odbyła się w maju interesująca wystawa Dy Tagowskiej, która zatytułowana została Der Letzte Meridian. Interesująca, bo wielopłaszczyznowa i inaczej niż dotychczas dotykająca tak abstrakcyjnych pojęć jak czas i miejsce, odnosząc się jednocześnie do realnie istniejących struktur takich, jak miasto. Ale – co warto zaznaczyć – miasto nie było potraktowane tu wyłącznie jako przestrzeń urbanistyczna, jawiąc się bardziej jako bardzo pojemny nośnik takich kategorii jak pamięć czy tożsamość, również kulturowa. I na wstępie już zaznaczyć należy, że wystawa ta okazała się być wyjątkowo spójnym i dobrze przygotowanym projektem artystycznym, który z pewnością można zaliczyć do jednej z lepszych ekspozycji, jakie dotychczas miały miejsce we wrocławskim MD_S-ie.

Dy Tagowska, Der Kristallkugel/Szklana Kula, obiekt dźwiękowy,
Autorką wystawy była wspomniana powyżej Dy Tagowska – artystka wizualna, która z Wrocławiem związana jest od dziecka, a więc właściwie od zawsze. W 2009 roku ukończyła tutejszą Akademię Sztuk Pięknych, od początku też czynnie realizując nietuzinkowe, skoncentrowane w obszarze działań typu site-specific, projekty. Opisywana przeze mnie wystawa również wpisana została w konkretną, wybraną przez artystkę przestrzeń i od samego początku też, a więc od 2011 roku, była pod nią przygotowywana. Okres czterech lat to dużo, aby zaplanowany w głowie artysty projekt dojrzał na tyle, by mógł zostać zaprezentowany publiczności. I być może dlatego właśnie Danieli Tagowskiej udało się skonstruować tak przemyślaną i zaawansowaną interpretacyjnie narrację.

Dy Tagowska jest artystką młodą, która posiada jednak ogromną świadomość swej sztuki, co potwierdza się w niemalże każdym zrealizowanym przez nią projekcie. Koncentrując się na zagadnieniach takich jak, m.in.: mitologizacja kultury czy też archetypiczne postrzeganie zachowań ludzkich, tworzy spójne programowo instalacje i obiekty, które zachwycają głębią i wyrafinowaniem formalnym. W projekcie Der Letzte Meridian Tagowska przy pomocy stworzonych przez siebie realizacji podjęła wielopoziomowe rozważania na temat symbolicznego zanikania miasta i właściwej mu tkanki kulturowo-społecznej. I nie powinno być zaskoczeniem, że bohaterem swojej opowieści uczyniła Wrocław, który – jak wiadomo – ma dla niej szczególne znaczenie. Nie tylko dlatego, że poprzez niezwykle burzliwą historię perfekcyjnie nadaje się na figurę symboliczną, ale również dlatego, że jest dla artystki miastem, w którym dorastała – co z pewnością miało i w dalszym ciągu ma przełożenie na charakter jej twórczości. Myślę też, że warto w tym miejscu podkreślić, że w zaprezentowanych na wystawie pracach każdorazowo można było wyczuć szalenie emocjonalne podejście do poruszanych zagadnień, a także momentami nostalgiczne wręcz wspomnienie o nieistniejącym już, pamiętanym z dzieciństwa świecie. Dla zrozumienia tej wystawy, jak i twórczości Tagowskiej w ogóle, nie bez znaczenia jest również fakt, że to do Wrocławia właśnie przyjechali z Podola dziadkowie artystki, którzy od samego początku, krok po kroku, budowali w niej świadomość historyczną. Przekazywane przez nich powojenne opowieści mocno wpłynęły na kształtującą się wówczas jeszcze młodą artystkę, co sprawiło, że tematyka wysiedleń, przesiedleń i powojennego Wrocławia w twórczości jej zajmuje wyjątkowe miejsce. Świadomość historyczna, mieszająca się naprzemiennie z emocjonalnym, ciepłym, niemalże rodzinnym do niej stosunkiem jest widoczna praktycznie na każdym kroku. I ten aspekt właśnie jest w moim odczuciu niezwykle ważny.

Sama wystawa została zaaranżowana w ciekawy, dość minimalistyczny i nie do końca przewidywalny sposób. Była to forma opowieści, czy też może lepiej wspomnienia o miejscu już nieistniejącym, co w dosadny sposób zamanifestowane zostało w realizacji pt. „Unvergesslich”. Praca ta usytuowana była na samym początku wystawy, przez co postrzegano ją jako – z jednej strony – drogowskaz, który wprowadzał widza w niejasną w pierwszym momencie atmosferę ekspozycji, z drugiej zaś jako rodzaj klucza dającego możliwość rozszyfrowania jej przekazu. Samotny, sporej wielkości, wykonany z rdzewionej blachy niemiecki napis mówił nam o majaczącym się już wspomnieniu czegoś, co przez Tagowską nie zostało widzowi zobrazowane w sposób jednoznaczny, prowokując go tym samym do snucia własnych refleksji. W dosłownym tłumaczeniu wyraz „unvergesslich” oznacza „niezapomniany” i bardzo często spotykany był na nagrobkach, płytach kommemoratywnych i w innych miejscach służących do upamiętnienia kogoś lub czegoś. W przestrzeni galeryjnej zyskał on jednak szczególnego – bardziej uniwersalnego – znaczenia, które odnosiło się nie tylko do ludzi, ale też do obszarów miejskich, społeczności, tradycji czy pamięci zbiorowej, które w swej pierwotnej postaci już nie istnieją. Tuż obok mocnego w przekazie napisu usytuowany został globus, który w zamierzeniu artystki miał poszerzyć znaczenie opisywanej tu realizacji. Jednak w moim odczuciu element ten był zbędny. Przede wszystkim dlatego, że swoją formą niekoniecznie korespondował z surowym i blokowym napisem, a także przegadując niejako poruszony temat, odbierał mu siłę oddziaływania.

W tej samej przestrzeni zlokalizowana została wizualnie ciekawa i tematycznie zbliżona do „Unvergesslich” seria obiektów fotograficznych z cyklu „Zastygłe miasto”, które w bezpośredni sposób odnosiły się do historii przedwojennego i powojennego Wrocławia. Opierając się na archiwalnych zdjęciach Dy Tagowska spreparowała niezwykle interesujące obiekty, których narracja zbudowana została w oparciu o współistnienie i symultaniczne przenikanie się dwóch światów – tego rzeczywistego, i tego wyimaginowanego – ale też tego współczesnego i dawno już przebrzmiałego. Jest tu coś jeszcze – warstwa wizualna owych prac w wyraźny, acz symboliczny sposób zintegrowana była ze wspomnieniami artystki, o czym można było przeczytać w dołączonym do nich wyczerpującym opisie. I wydaje się, że najbardziej nostalgiczną z nich była praca przedstawiająca dom dyrektora Szkoły Średniej dla Dziewcząt – ówczesny Augustaschule przy Schwerinstrasse (ul. Skwierzyńska), który przez wiele lat był domem artystki. Wyjątkową pod wieloma względami była również sugestywna realizacja pt. Gruß aus Oswitz, na której zobrazowana została bajkowa, pierwotnie usytuowana w Lasku Osobowickim, Wieża Wilhelma I. Tagowska postanowiła obiekt ten uczynić motywem głównym jednej ze swoich prac i zilustrować moment, w którym budynek ten przestał istnieć. Jak pisze: „Znamiennym jest fakt, że wieża nie została zniszczona w wyniku walk, lecz w następstwie decyzji dowódców Festung Breslau. Roztaczał się z niej dokładny widok na całe miasto, co zapewne wykorzystaliby Sowieci w przypadku zdobycia wieży. Obiekt został wysadzony w powietrze jako jedna z pierwszych „poległych budowli. Niemieckie słowo Gruß (pozdrowienia) zamienia się metaforycznie w polskie słowo Gruz”. Ostatnią pracą z tej serii, która także zwróciła moją uwagę, była nazwana w przewrotny sposób realizacja pt.„ Ketchup Heinz – Czerwonoarmiści nadchodzą”. W fotografii tej Dy Tagowska podjęła dialog z problematyką znikających zabytków, a więc też materialnych znaków historii i tożsamości obszarów urbanistycznych, a także zamieszkujących je lokalnych społeczności. W centralnym punkcie zdjęcia przedstawiony został do dziś zachowany kościół pod wezwaniem św. Karola Boromeusza przy ulicy Kruczej, który dumnie góruje nad wiejskimi jeszcze wówczas terenami dzielnicy Gajowice. Kościół ten jest aktualnie niemalże jedynym zachowanym w okolicy przedwojennym obiektem, który przetrwał wyjątkowo zaciekłe walki trwające na terenie tej niemalże całkowicie zrównanej z ziemią dzielnicy. Ale kościół ten jest dla artystki ważny nie tylko ze względu na swój pomnikowy już niemalże charakter – jest tu coś więcej. Funkcjonuje bowiem w pamięci Tagowskiej, jako jedno z bardzo wyraźnych i istotnych wspomnień z dzieciństwa, które niczym majaki senne nieustannie powracają przypominając o sobie. I myślę, że o tej pracy akurat najtrafniej i bardzo dosadnie pisze sama: „Nim w latach 60. postawiono osiedla bloków z wielkiej płyty, patrząc z Domu Dyrektora, dostrzec można było w linii prostej, bez żadnej budowli po drodze, neoromański kościół oddalony o około kilometr. Zdjęcie pochodzi z drugiej dekady XX wieku, kiedy Gajowice były jeszcze wiejskimi rogatkami Wrocławia. Napis ZUM ABREISSEN (DO WYBURZENIA) wykonany przez Tagowską na murze malowniczej wiejskiej chaty, wydobywa podwójność tego aktu. Wyburzono rogatki, aby wznieść nowoczesną dzielnicę podmiejską, na którą niespełna trzy dekady później, historia wydała bezlitosny rozkaz – ZUM ABREISSEN”. Warto wspomnieć jeszcze, że pracom tym dużo daje zastosowana przez Tagowską autorska technika, w której wykorzystany został gorący, lany wosk, który rozprowadzany po powierzchni zdjęć na ciepło, po zastygnięciu przekształcił się w malownicze, porowate, ale też momentami złowrogie plamy. A te bardziej niż swym pięknem, emanowały złowieszczym głosem zniszczenia.

Dy Tagowska, Unvergesslich, obiekt
Pod względem wizualnym bardzo przystępną realizacją był obiekt dźwiękowy „Die Kristallkugel” czyli Szklana Kula (2015), która za sprawą kreacji artystycznej przybrała formę globu ziemskiego. Było to oczywiste odniesienie zarówno do metaforyki zastosowanej w globusie będącym częścią realizacji „Unvergesslich”, a także – i nawet bardziej – oznaczała kruchość znanego nam – i uważanego za bezpieczny – ładu społeczno-politycznego. Wydobywający się z pracy tej komunikat dźwiękowy nie dotyczył jednak szczególnie ważnego momentu w dziejach historii Wrocławia czy świata – odnosił się bowiem do zwykłej codzienności. Komunikat przekazywany był – jak czytamy w opisie pracy – przez ośmioletnią dziewczynkę, która informowała odbiorców o panujących ówcześnie warunkach pogodowych. I warto zaznaczyć, że wiek dziewczynki nie był tu bez znaczenia, gdyż to właśnie w tej pracy szczególnie Dy Tagowska odniosła się do swego dzieciństwa, kiedy to właśnie ona sama uświadamiana była przez rodzinę o historii przesiedleń, jej rodu i Wrocławia właśnie, co było z kolei jej codziennością.

Tuż obok usytuowana została najtrudniejsza w odczycie instalacja w typie site-specific, która została ułożona z koncentrycznie ułożonych listew podłogowych. Miejsce ich przecięcia według zamierzenia artystki w metaforyczny sposób wyznaczało w pewnym sensie magiczny punkt, który sugerował z jednej strony przestrzeń bliżej nieokreśloną, z drugiej zaś wyraźnie wskazującą na konkretny obszar w przestrzeni i w czasie. Niezależnie czy na punkt ten spojrzymy w sposób uniwersalny, w mikro bądź makro skali, zawsze będzie on odnosił się do czegoś co było w przeszłości, jest w teraźniejszości i zapewne będzie w nieznanej nam jeszcze przyszłości.

Myślę, że warto też zwrócić uwagę na cykl wideoperformance’ów pt. „Little Prayer”, który zaprezentowany został w specjalnie przygotowanej na jego potrzebę wydzielonej sali. Została ona w wyraźny sposób odseparowana od pozostałych przestrzeni i na czas trwania wystawy przeistoczyła się w obszar na swój sposób sakralny. Bo należy przyznać, że wyczuwalna była w niej atmosfera niemalże metafizyczna, co doskonale współdziałało z tematyką prezentowanych tam prac. Seria ta powstała w 2011 roku, kiedy to artystka „przez sześć kolejnych dni, o tej samej porze klęczała w jednej z charakterystycznych lokalizacji Wrocławia”, a więc przy Sukiennicach, Galerii BWA Awangarda, Akademii Sztuk Pięknych, ZOO, Pomniku Bolesława Chrobrego oraz w okolicach pnącego się wówczas wysokościowca Sky Tower. Sama praca niesie w sobie wiele możliwości interpretacyjnych, z których najprostszą jest jej połączenie z rytuałem religijnym, choć nie ograniczałabym się jedynie do tego. Bo w zapisach tych – jak słusznie pisze Magda Zięba – „Tagowska nie występuje przeciwko niej [religii], igrając z głosem sumienia przeciętnego przechodnia. Chce przy tym wpisać się raczej w krajobraz miasta jako jedna z figur-pomników, rozsianych w różnych niespodziewanych miejscach, zaintrygować widza, utrzeć nosa politycznej poprawności i dać wyraz artystycznej wolności, która powinna objawiać się na wielu frontach”. I rzeczywiście, wrocławska artystka zadaje pytania o laicyzację wiary, miejsce sfery sacrum czy prywatnej modlitwy. Duchowość staje się dla Tagowskiej osobistym doznaniem, które nie musi być wcale poważne, wzniosłe, nakazane czy zakazane. Wystarczy, że jest to doznanie własne. Myślę też, że w pracach tych Dy Tagowska puszcza do nas figlarnie oko balansując pomiędzy powagą i dostojnością, ironią i żartem. Mówiąc o cyklu „Little Prayer” warto wspomnieć również o pojawiającej się tu wysmakowanej kompozycji, która zbudowana została z równoważących się pionów i poziomów. Wyraźna jest tu statyka i usytuowanie postaci w centrum obrazu, co sprawia, że budowana przez artystkę atmosfera potęgowana jest dodatkowo.

Dy Tagowska, Bocian przynosi, sroka kradnie
Na zakończenie warto dodać jeszcze, że wystawę tę warto było zobaczyć, nie tylko ze względu na wysoki poziom estetyczny i merytoryczny, ale również na jej profesjonalne przygotowanie. Ekspozycja ta była bowiem przemyślana od początku do końca, co czuło się w każdej z prezentowanych prac oraz ich ułożeniu. Spójność tematyczna, stylistyczna oraz logiczna ścieżka narracji w bezpośredni sposób przekładały się na komfort zwiedzania, co docenione zostało przez liczną grupę odbiorców. Jest jeszcze coś – wystawę tę dobrze jest rozpatrywać dwupoziomowo, by w pierwszej sferze odnieść się do twardych faktów historycznych z dziejów Wrocławia, w drugiej zaś by nałożyć na fakty te filtr kreacji artystycznej i emocji, które w wyraźny sposób z obiektów tych emanują. Dlatego też dobrze pamiętać o tym, że z pracami Dy Tagowskiej należy obcować osobiście, gdyż integralnie współistnieją one z wrażliwością artystki, również ją współtworząc.

*wszystkie cytaty pochodzą z opisów prac znajdujących się na wystawie; zdjęcia dzięki uprzejmości artystki.

Reklamy
%d blogerów lubi to: